Eryka Trzewik-Drost należy do grona projektantek, które zmieniły sposób patrzenia na polskie szkło użytkowe. Jej prace pokazują, że szkło prasowane nie musi być wtórne ani „tańsze” estetycznie: może być rzeźbą, narzędziem codziennego użytku i świadomym elementem wnętrza. W tym tekście wyjaśniam, skąd wzięła się jej pozycja w historii designu, które projekty najlepiej ją reprezentują i jak czytać jej dorobek bez muzealnego uproszczenia.
Najważniejsze fakty o projektantce i jej szkle
- Eryka Trzewik-Drost zaczynała od projektowania ceramiki, a później najmocniej zaznaczyła się w szkle prasowanym.
- Po studiach we Wrocławiu pracowała w Bogucicach, a od 1966 roku była związana z hutą Ząbkowice.
- Jej najbardziej rozpoznawalne projekty to m.in. Conti, Igloo, Asteroid i Cora.
- Wyróżniały ją grube ścianki, relief zamiast imitacji szlifu, mocny kolor i myślenie o naczyniu jak o małej formie przestrzennej.
- Dziś jej obiekty są cenione nie tylko przez kolekcjonerów, ale też przez muzea i badaczy polskiego wzornictwa.
Kim była Eryka Trzewik-Drost i skąd bierze się jej pozycja
Najkrótsza odpowiedź brzmi: była jedną z najważniejszych polskich projektantek szkła użytkowego drugiej połowy XX wieku. Urodziła się w 1931 roku, dyplom obroniła w 1957 roku na wydziale ceramiki i szkła we Wrocławiu, a zawodowo najpierw związała się z Zakładami Porcelany „Bogucice”, by później wejść do zespołu huty Ząbkowice, gdzie rozwinęła się jej najbardziej rozpoznawalna część twórczości. Culture.pl przypomina, że razem z Janem Sylwestrem Drostem współtworzyła język, który odmienił polskie szkło prasowane i wyniósł je do rangi projektu naprawdę nowoczesnego.
To ważne, bo jej nazwisko nie funkcjonuje wyłącznie jako podpis pod pojedynczym wazonem czy miską. Trzewik-Drost pracowała w systemie przemysłowym, ale nie podporządkowała się jego najprostszej logice. Projektowała dla produkcji seryjnej, a jednocześnie myślała o obiekcie jak o małej rzeźbie, która ma działać w świetle, na stole i we wnętrzu. Miała też solidne zaplecze wystawowe: nagrody, obecność w licznych ekspozycjach i obecność w kolekcjach muzealnych sprawiły, że jej dorobek nie zniknął w cieniu anonimowej produkcji. To właśnie ten kontekst wyjaśnia, dlaczego jej szkło wybrzmiewa inaczej niż standardowa przemysłowa galanteria. W następnym kroku warto zobaczyć, jak wyglądał jej warsztat i co zrobiła z techniką prasowania.
Od porcelany do szkła prasowanego
Jej droga nie zaczęła się od szkła. W latach 1957-1964 projektowała użytkową ceramikę w Bogucicach, a dopiero potem przeszła do Ząbkowic, gdzie od 1966 do 1990 roku pracowała w centrum wzorniczym huty. To przejście ma duże znaczenie: porcelana uczy dyscypliny formy, a szkło wymusza myślenie o świetle, grubości materiału i o tym, jak przedmiot zachowuje się po wyjęciu z formy. W praktyce oznacza to zupełnie inny rodzaj decyzji projektowej.
Jak zauważa „Szkło i Ceramika”, w latach 70. szkło prasowane przestało być traktowane jak technika niższej kategorii i zaczęło konkurować z ręcznie szlifowanym kryształem. Drostowie zrobili z tego przewartościowania swoją specjalność. Wzięli technologię, która kojarzyła się z masowością i ograniczeniem, i zamienili ją w pole eksperymentu. Kluczowe było nie tylko to, że umieli projektować ładne naczynia, ale to, że potrafili wyłamać się z estetyki imitującej szlif i zaproponować własny, bardziej syntetyczny język reliefu, modułu i rytmu. Najciekawsze jest jednak to, że z tej technologii wyprowadzili własny język formy, a nie tylko serię użytkowych naczyń.
Co wyróżnia jej język formy
Dla mnie najciekawsze w tej twórczości jest to, że nie udaje delikatności. Eryka Trzewik-Drost lubiła formy kompaktowe, grubościenne, matowe albo ziarniste, najczęściej w intensywnych barwach, szczególnie w odcieniach błękitu i zieleni. To nie jest detal techniczny bez znaczenia. Taka powierzchnia inaczej łapie światło, inaczej daje cień i inaczej buduje obecność przedmiotu w przestrzeni.
- Grubość i ciężar optyczny sprawiają, że naczynie nie ginie na stole, tylko wyznacza własny punkt ciężkości.
- Relief zamiast imitacji szlifu daje bardziej nowoczesny efekt niż dekoracja udająca kryształ.
- Intensywny kolor nie jest dodatkiem, ale częścią konstrukcji wizualnej przedmiotu.
- Myślenie rzeźbiarskie widać w tym, że wiele form wygląda jak małe obiekty przestrzenne, a nie tylko pojemniki.
Warto też zwrócić uwagę na motyw kobiecej głowy, do którego projektantka wracała w latach 70. To już nie tylko szkło użytkowe, ale wyraźny dialog z estetyką new look i z dekoracyjnością tamtej dekady. Jej praca nie zatrzymywała się jednak na naczyniach: zajmowała się także biżuterią artystyczną i grafiką, więc patrzyła na formę szerzej niż przeciętny projektant przemysłowy. Tak zbudowany język najlepiej widać na konkretnych modelach, które dziś uchodzą za najbardziej rozpoznawalne.

Najważniejsze serie, które warto kojarzyć
Jeśli chcesz naprawdę zrozumieć jej dorobek, najlepiej zacząć od kilku projektów, które pokazują różne etapy i różne ambicje tej samej autorki. W poniższym zestawieniu widać, że chodziło nie tylko o estetykę, ale też o funkcję, modułowość i sposób użycia we wnętrzu.
| Projekt | Okres | Co go wyróżnia | Dlaczego jest ważny |
|---|---|---|---|
| Conti | 1967 | Komplet do przystawek zbudowany modułowo, dostępny w kilku wariantach kolorystycznych, później także w wersji dekorowanej. | Pokazuje, jak projektantka rozwiązywała realne problemy produkcyjne i użytkowe, nie tracąc kontroli nad formą. |
| Igloo | 1974 | Miski o prostszym, ale bardzo wyrazistym rytmie bryły. | To dobry przykład, że funkcjonalność może iść w parze z wyrazistą, niemal architektoniczną linią. |
| Asteroid | 1975 | Zestaw o silnym efekcie optycznym, współtworzony z Janem Sylwestrem Drostem. | Jeden z najbardziej rozpoznawalnych znaków polskiego szkła prasowanego, ważny także jako projekt zespołowy. |
| Cora | 1978-1979 | Salaterka o bardziej dekoracyjnej, dojrzałej formie, nagrodzona na krajowej wystawie szkła w Katowicach. | Pokazuje, że szkło prasowane mogło być traktowane prestiżowo, a nie wyłącznie użytkowo. |
W tych projektach widać ewolucję: od dyscypliny i modularności do większej swobody i bardziej śmiałego opracowania powierzchni. Jeśli patrzę na tę serię całościowo, to właśnie ona najlepiej tłumaczy, dlaczego dziś mówimy o ikonie polskiego designu, a nie o zwykłej produkcji zakładowej. Kiedy przenosi się je do wnętrza, widać, że nie są tylko przedmiotami kolekcjonerskimi, ale częścią większej gry światła i przestrzeni.
Jak jej szkło działa we wnętrzu i w architekturze
Wątek architektoniczny jest w tej twórczości ciekawy, bo nie chodzi tu tylko o pojedynczy przedmiot na półce. W projektach Trzewik-Drost widać myślenie o powtórzeniu, module i relacji z otoczeniem, czyli o rzeczach bardzo bliskich architekturze. Sama projektantka próbowała też używać szkła prasowanego i ręcznie formowanego do dekoracji architektonicznych, choć te propozycje nie doczekały się szerszego zastosowania. I to też jest ważna informacja: nie każda dobra idea przemysłowa od razu staje się standardem użytkowym.
Ja czytam to tak: jej szkło najlepiej działa tam, gdzie może złapać światło i stworzyć rytm w przestrzeni. Nie musi dominować całego wnętrza. Wystarczy jeden dobrze ustawiony obiekt albo kilka zestawionych ze sobą naczyń, żeby pojawił się efekt, którego nie daje zwykła, gładka forma.
- W przestrzeni dziennej relief żyje przede wszystkim dzięki bocznemu światłu.
- Na ciemnym tle mocny kolor szkła staje się bardziej nasycony i czytelny.
- Na otwartej półce lepiej działa jeden wyraźny obiekt niż przypadkowy nadmiar drobnych form.
- W małych wnętrzach zbyt dekoracyjny zestaw może stracić lekkość, więc warto zostawić mu oddech.
To właśnie dlatego jej prace interesują nie tylko kolekcjonerów szkła, ale też osoby myślące o wnętrzu jak o całości: ze światłem, rytmem i proporcją. Najmocniejsza część jej dorobku polega na tym, że potrafi łączyć praktykę stołu z logiką przestrzeni. To zbliża ją bardziej do myślenia projektowego niż do czystej dekoracji.
Dlaczego ten dorobek wciąż brzmi współcześnie
Współczesność tego dorobku nie polega na nostalgii za PRL-em. Chodzi raczej o to, że projektantka bardzo dobrze rozumiała trzy rzeczy, które dziś wracają z nową siłą: trwałość, modułowość i szacunek do materiału. Jej szkło nie udaje luksusu, tylko buduje wartość przez proporcję, powierzchnię i użyteczność. To podejście jest zaskakująco aktualne w epoce, w której coraz częściej oczekujemy od przedmiotów nie tylko funkcji, ale też charakteru i długiego życia.
Jeśli patrzę na jej dorobek z dzisiejszej perspektywy, to widzę również bardzo dobrą lekcję dla kolekcjonera albo osoby oglądającej takie szkło na targu czy w katalogu. Nie wystarczy zachwycić się kolorem. Trzeba jeszcze sprawdzić kilka rzeczy:
- stan krawędzi i reliefu, bo na grubszych ściankach najłatwiej widać późniejsze uszkodzenia;
- kompletność zestawu, ponieważ pojedynczy element bywa mniej czytelny niż pełna seria;
- zgodność formy z rozpoznawalnym modelem, najlepiej porównana z katalogami i wymiarami;
- proweniencję, czyli pochodzenie obiektu, która w tej kategorii często ma większe znaczenie niż sam opis handlowy.
Właśnie dlatego twórczość Eryki Trzewik-Drost pozostaje ważna: łączy funkcję, technologię i formę w sposób, który nadal daje się czytać w domu, w muzeum i w historii polskiego wzornictwa. I chyba na tym polega jej siła najbardziej konsekwentnie, bez potrzeby dodawania wielkich słów.